Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Jeden pomysł umiera, by narodził się drugi

Zaczęło się. Zaczęliśmy planować podróż. Chociaż, gdy o tym teraz myślę, to zaczęło się to wszystko wcześniej. Teraz jest taki moment, kiedy kwiat zaczyna rozkwitać i już dostrzegasz, jakiego koloru będzie miał płatki... wcześniej była ta chwila o poranku, gdy dostrzegasz że coś z tej mokrej, czarnej ziemi wykiełkowało zielonego, a jeszcze wcześniej ktoś zasiał ziarno... kto zasiał ziarno? Kiedy to się stało? Teraz tego nie wiem. Wiem natomiast, kiedy zauważyłam, że coś zaczęło kiełkować.

Pierwotny pomysł był taki, byśmy wybrali się na trzytygodniową wycieczkę rowerową. Wrocław - Kotlina Kłodzka - Czechy - Niemcy - Berlin - Zielona Góra. Prosty, piękny pomysł. Złamałam jednak rękę. I już w mniej niż godzinę po złamaniu, jeszcze przed pierwszą wizytą u lekarza, wiedziałam, że ten plan tym razem w to lato nie wypali. Pojawiła się pustka. Ból zajmował zbyt wiele moich zasobów myślowych, więc nawet nie zastanawiałam się, co dalej. Wiedziałam, że nie wiem, ale nie forsowałam. I w trakcie kolejnych dni poczułam, że coś kiełkuje.

Poczułam zupełną wolność wynikającą z tego, że to, na czym mi zależało, co było już tak mocno postanowione, nagle się nie wydarzy i że w tym momencie możemy zrobić wszystko. Możemy zostać, możemy pojechać na długi urlop później, może do Maroka, może na rowery, może nie na rowery. Możemy zrobić remont, możemy pojechać tam gdzie nas nigdy nie było, możemy podróżować tak, jak jeszcze wcześniej nie podróżowaliśmy. Może Bałkany, może znów Turcja, Francja i Hiszpania? Portugalia? Grecja! Wow - czujesz? Grecja! Może Interrail! Może stop i spanie na dziko w namiocie? Możemy naprawdę wiele rzeczy.

Napisałam, że zaczęliśmy planować... jednak nie do końca jeszcze wiem, co ostatecznie zadecydujemy. Dotrzemy do Istambułu? Weźmiemy ze sobą namiot? Skorzystamy z Balkan FlexiPass? Nie wiem - wygląda jednak na to, że 27 sierpnia o 5:30 mamy pociąg z Zielonej Góry. Tam zostawimy Kosmosa. Zgarniemy go w drodze powrotnej do Warszawy. Będzie mu w Zielonej dobrze, ma tam sprawdzonych przyjaciół.

Trivia

Deutsche Bahn przy każdej rezerwacji biletów może ci powiedzieć, jaki będzie ślad węglowy Twojej podróży. Porówna ją również z uśrednionym śladem podróży samochodem i samolotem na tej trasie. I nie tylko to. Powie ci również, ile cząsteczek PM10 dostanie się do atmosfery na skutek twojej podróży - bezpośrednio w wyniku samej jazdy pociągiem i pośrednio - w wyniku produkcji energii elektrycznej zasilającej pociągi. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...

Day 5 - Sromowce Wyżne - Nowy Targ "To samo z przesunięciem"

Nim ruszymy, jemy kolejne proste i pyszne śniadanko w wersji vegan - tym razem pyszna owsianka z musem jabłkowym i brzoskwinią, gar herbaty z cytryną i kanapeczki :) Czeka nas jazda przepięknym przełomem Dunajca we mgle i być może w deszczu - więc takie ciepłe i sycące śniadanie na wagę złota! Niby wczoraj przebyliśmy tę samą trasę - tylko w łódce. Ale wrażenie, jakbyśmy byli w całkowicie nowej okolicy. A wszystko przez pogodę - wczoraj słońce, dziś szaro, niskie chmury, lekka mżawka. W efekcie, cieszę się, że teraz jest chłodniej i mokro - bo w ten sposób możemy się na nowo zachwycać tym miejscem. Tym razem w Szczawnicy tylko przystanek na szybką kawę i jedziemy dalej. Jeszcze przez parę kilometrów Velo Dunajec jest fajnie poprowadzona osobnym asfaltem, wijącym się nad rzeką - ale już tutaj zaczynają się fragmenty wzdłuż szosy z autami - zapowiedź tego, co czeka nas przez następne dni. Im dalej od (być może, jeszcze się przekonamy) głównych atrakcji szlaku, tym mniej idealnych tras za...