Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Belgrad = Prago-Wiednio-Paryż

Ale zaskoczenie. Wcześniej w Belgradzie byłam tylko przejazdem, dosłownie chwile spędzone w okolicy dworca głównego, który teraz jest nieczynny. Teraz mieliśmy tam jeden wieczór i jeden dzień i to było objawienie.
Go Vegan! Przysięgam, to nie my :)


Co zapamiętam?
  • wieczorem ludzi jak mrówków w parku. Część po prostu spotyka się ze znajomymi, cześć wychodzi na spacer z psami. Ulicznych psów tutaj dużo (podobnie jak w NS). Zauważyłam prawidłowość - pieski na smyczy są najczęściej rasowe... chyba po to, by wyraźnie zaznaczyć różnicę pomiędzy nimi a tymi, co frywolnie biegają sobie na wolności. 


  • Zagłębie pubów w miejscu starej fabryki piwa. Miejsce, w którym siedliśmy, które „nas wybrało” to Polet. Najpierw spacerowaliśmy uliczką, która teoretycznie miała być skupiskiem bohemy. Może kilkadziesiąt lat temu tak było, nim stała się produktem turystycznym dla cioci i wujków... Po przejściu tego krótkiego „cepeliowego” deptaczka weszliśmy w bramę, a potem w kolejną, a potem pokręciliśmy się po zapleczach czegoś, aż w końcu doszliśmy do wewnętrznego parkingu otoczonego pubikami. Od razu inny klimat. Tu reggae, tam dobre klubowe brzmienie. Doszliśmy do miejsca, niby niepozornego, ale z jakąś fantastyczną energią. Usiedliśmy w Polecie - skusiło nas zawodzenie bałkańskiego śpiewaka z głośników, kameralne stoliki na zewnątrz i wino. Potem muzyka zmieniała się parokrotnie, gdzieś oscylując wokół jazzu i lokalnych artystów. Potem się okazało, że akurat ta kawiarnia (pełniąca również rolę galerii) zapoczątkowała to zagłębie alternatywy... Taka kolej losu - alternatywy płowieją i pojawiają się kolejne, nowe nurty.


no i jeszcze...
  • Spotkanie z Alkiem na pysznym i pięknym (choć małym) wege-lunchu
  • Cerkwie jak w Kijowie
  • Kamienice jak w Wiedniu
  • Deptaki jak w Pradze
  • Puby i kawiarnie jak w Paryżu!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...

Opłotkami Kampinosu: Sochaczew --> Nowy Dwór Mazowiecki

Osobiście zachwyciły mnie: Sochaczew - okolice Zamku, z promenadą i miło usytuowaną kawiarnią nad Bzurą Bzura i ścieżka wijąca się prawym brzegiem rzeki …i w zasadzie cała trasa od Sochczewa do Śladowa - rozmaite nawierzchnie - od asfaltu, po fajne miękkie leśne podłoże, ścieżkę prowadzącą wałem i porządne szuterki Asfalt wijący się wzdłuż kampinoskiego szlaku rowerowego (który daje ulgę od „mazowieckich piasków") ...i Rezerwat Rybitew! Najbardziej klimatyczne i dzikie, pozostawione sobie, miejsce na trasie. …plus maki i chabry! Jak się przygotować (z dedykacją dla Zioła :D): 1 - Uważność na to, by wyłapać dobry moment na wypad rowerowy. śledzenie pogody i sprawdzanie, jak to się ma do obłożenia pracą. Jeśli można wziąć dzień wolnego i słońce ma świecić - to jedziemy! 2 - Pomysł na trasę. Po czym poznać, że dobry? Gdy skanując np. mapę wzrokiem, coś w środku kliknie i poczujesz nagły wzrost zainteresowania i motywacji :) Korzystanie z kolei, by przetransportować się z miejsca A do...