Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Bar alternatywnie na działce

Bar to najbardziej wysunięte na południe miejsce, do którego dotrzemy w trakcie naszej 3-tygodniowej skocznej (bo z miejsca do miejsca przeskakujemy z prędkością światła) podróży po Bałkanach. W międzyczasie stale zastanawiamy się nad tym, czym są Bałkany. Dopiero tu w Czarnogórze, w Barze poczuliśmy się „naprawdę na Bałkanach” - ale co to znaczy? Wolniejsze tempo, mniej przewidywalnie i bardziej surowo? Więcej turystów z Rosji a mniej z Europy Zachodniej? Mniej śródziemnomorsko a bardziej socjalistycznie? Czy Słowenia i Chorwacja to Bałkany? Zdają się lewitować gdzieś pomiędzy - nie wpadają do worka jednoznacznie bałkańskiego. Nie wiem. 



A Bar? Co chcę z tego miejsca zapamiętać?

  • Nasz hostel w ogrodzie. Wybraliśmy go z bardzo prozaicznych powodów - tanio i blisko dworca, z którego następnego dnia chcieliśmy wyruszyć w kilkunastogodzinną podróż wieczornym pociągiem do Serbii. Gdy przybyliśmy na miejsce, okazało się ono strzałem w 10. Trafiliśmy do dużego domku na działce z przestrzennym ogrodem, w którym rosły granaty, winogrona, jabłka i figi. Oaza hippisowska, na ścianach psychodeliczne graffiti, przed domkiem rozstawione kanapy z palet pod zielonym ażurowym dachem z wijącego się wina. Gospodarz tego miejsca przywitał nas kawą parzoną po turecku i zaprosił do pobujania się w hamakach nim nas zakwateruje. Wieczorem siedzieliśmy sobie przed domkiem, głaszcząc wielkiego dobermana, tak wielkiego, że wyglądał na doga. Piesek ze swoją historią, z emocjonalnymi stresami, wylizujący sobie łapki do kości. Piesek z radością przyjmujący smeranie pod pyskiem. Zdecydowanie to miejsce, do którego możemy wrócić - choćby po to, by sprawdzić, czy czas w spokojnym miejscu wyleczył pieskowe rany lub by zobaczyć, jak dalej rozwinęła się historia tego hosteliku - czy trafi do Lonley Planet, jako alternatywny skarb wybrzeża barskiego, czy zamieni się w brudną melinkę. Obie ścieżki możliwe. 


  • spacer do Susanj i do knajpeczki „Forest”. W spokojnym Barze to najlepsze, co można zrobić, by aktywnie spędzić czas - iść przed siebie, wzdłuż portu, promenadą, wzdłuż kamiennych plaż. Do tego już przywykliśmy: jak pojawiamy się nad wybrzeżem Adriatyku, to wciąż nie możemy uwierzyć, że ta woda taka turkusowa, że ta linia brzegowa taka malownicza. To, co charakterystyczne dla morskiego krajobrazu Baru, to industrialne zabudowania, których wcześniej nie widzieliśmy. Też ciekawe. Oczywiście kąpaliśmy się w morzu. Wejście jak zwykle usiane kamieniami, po raz pierwszy jednak mocno wiał wiatr a fale były intensywne. Trudno było mi wejść z godnością do morza, wyjść (z godnością) się nie udało. Morze, wyrzuciło mnie na brzeg, bezsilnie próbowałam się podnieść i co chwilę traciłam równowagę, przewracana przez kolejne fale. Adam przybył z odsieczą. Wyszliśmy z tego razem. Uf. 
  • Wizyta w Starym Barze i stara oliwka, której ostatecznie nie zobaczyliśmy. Udało się nam dostać do Starego Baru lokalnym autobusem. Czekaliśmy na niego na przystanku bez rozkładu, w pewnym momencie przyjechał i nas zabrał (takie drobne elementy czynią pobyt w Barze bardziej „bałkańskim”). W samej starej części Baru (doświadczonej przez wojny i trzęsienia ziemi i ostatecznie opuszczonej na rzecz spokojniejszego wybrzeża, gdzie zbudowano nowy - obecny - Bar) szwendaliśmy się najpierw płynąc w rzece polskich turystów, których właśnie wypluł autokar. Stroma uliczka w górę, po prawej i lewej straganiki, oliwa, dżemy i słoneczne okulary. Na szczycie ruiny. Takie dziwne uczucie, gdy płacisz 2 euro i czujesz, że doświadczenie, które dostajesz, nie było tego warte. A jednak z tej kasy częściowo finansowane są prace, które mają na celu zrekonstruować to miejsce, więc było warto. Malutki akwedukt, malutkie lapidarium, ściana, która odkleiła się od reszty muru, malutka świątynka z gołymi ścianami - pole dla wyobraźni - można na to i tak spojrzeć. Jak wyglądało tu życie, nim świat zawalił się tym osobom na głowę? Tego dnia było skwarno. Wybraliśmy, że zjemy w lokalnej wegetariańskiej kafanie (zjawiskowy bakłażan w dwóch odsłonach) - tym samym nie odwiedziliśmy prawdopodobnie najstarszego drzewa w Europie - wielkiej, rozłożystej oliwki, która ma 2000 lat. 

  • Podróż pociągiem z Baru do Nowego Sadu. Pod wieczór wsiedliśmy do pociągu. Przygotowani byliśmy na to, że zaraz rozpocznie się magiczna podróż pociągiem przez góry. Co innego oczekiwać, że to się wydarzy lub oglądać zdjęcia czy filmiki na youtube pokazujące tę trasę - co innego być w tym pociągu i lecieć obok wielkich gór, które niemalże można dotknąć ręką. Najbardziej niesamowita podróż pociągiem ever. Najpierw księżycowe jezioro Skadar, potem tunele, potem kanion rzeczki, potem wysoki most i przejazd przez przepaść, a potem wagoniki wspinające się na wysokość 1000 mnpm, bezkresna przestrzeń i wrażenie, że jesteś ptakiem. Potem - w naszym przypadku - zapadła ciemność, gdybyśmy wyjechali połączeniem porannym niesamowite widoki ciągnęłyby się pewnie przez następne godziny. Wiemy jednak, że to, co najbardziej zjawiskowe, zobaczyliśmy. Najczęściej w formie migawek - 3 sekundy przestrzeni - 15 sekund tunel - 2 sekundy przestrzeni z trochę innego punktu widzenia i znów tunel. Nigdy nie wiesz, co wyskoczy ci zza rogu, za każdym razem oczekujesz z zaciekawieniem i zaskakujesz się. Trochę jak oglądanie zdjęć, które się długo ładują, lub slajdów przeskakujących jeden po drugim. Magia. Osoby, które jechały tym połączeniem nie pierwszy raz, niewzruszone siedziały w przedziale. 



  • Idealne kobiety. W przedziale towarzyszyły nam dwie panie przyjaciółki i starsze małżeństwo. Paniom uśmiechały się oczy, wracały z dwutygodniowych wakacji nad morzem. Od 7 lat w gronie kilku przyjaciółek - nazywają siebie „idealne kobiety” - spotykają się w tym samym domku i jest cudownie. Są w różnym wieku, nie udało mi się dokładnie ustalić, jak się poznały. Girl power! 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Opłotkami Kampinosu: Sochaczew --> Nowy Dwór Mazowiecki

Osobiście zachwyciły mnie: Sochaczew - okolice Zamku, z promenadą i miło usytuowaną kawiarnią nad Bzurą Bzura i ścieżka wijąca się prawym brzegiem rzeki …i w zasadzie cała trasa od Sochczewa do Śladowa - rozmaite nawierzchnie - od asfaltu, po fajne miękkie leśne podłoże, ścieżkę prowadzącą wałem i porządne szuterki Asfalt wijący się wzdłuż kampinoskiego szlaku rowerowego (który daje ulgę od „mazowieckich piasków") ...i Rezerwat Rybitew! Najbardziej klimatyczne i dzikie, pozostawione sobie, miejsce na trasie. …plus maki i chabry! Jak się przygotować (z dedykacją dla Zioła :D): 1 - Uważność na to, by wyłapać dobry moment na wypad rowerowy. śledzenie pogody i sprawdzanie, jak to się ma do obłożenia pracą. Jeśli można wziąć dzień wolnego i słońce ma świecić - to jedziemy! 2 - Pomysł na trasę. Po czym poznać, że dobry? Gdy skanując np. mapę wzrokiem, coś w środku kliknie i poczujesz nagły wzrost zainteresowania i motywacji :) Korzystanie z kolei, by przetransportować się z miejsca A do...

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...