Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

interes społeczności


tak. nie potrzebowałam długiego rekonesansu, by przekonać się, że ten park to miejsce dla mnie zdecydowanie za drogie. mój stan podsycał (prawie nie istniejący) brak alternatyw i świadomość, że to co dostaję w zamian niestety nie jest warte swojej ceny. nie posiadłam jeszcze zdolności cieszenia się z dobrego co prawda ale jednak małego śniadania złożonego z dwóch tostów, omleta i herbaty, które kosztowało mnie kolejne 10 dolarów, mając z tyłu głowy, że w innych miejscach - choćby 30 kilometrów dalej - mogłabym to samo zjeść płacąc trzy, cztery razy mniej.

granica parku bardzo widocznie zaznaczona ostrą linią wycinki drzew

logika, która za tym stoi jest prosta, ta garstka turystów, którzy tutaj dotrą, jest na tyle zdeterminowana, by zobaczyć goryle w naturalnym otoczeniu, że są w stanie zapłacić każdą cenę. dlatego przeciętny nocleg tutaj kosztuje 100, 200 dolarów, wejście do parku 50, a pozwolenie na gorrila trekking - kolejne dziesiąt, set... nie wiem, niestety, przyjechałam tutaj w innym celu.

osłodę dla tego absurdu stanowi fakt, że cały dochód z opłat za korzystanie z parku idzie na utrzymanie nie tylko tego rezerwatu, ale i innych parków narodowych w ugandzie. bowiem bwindi to kura znosząca złote jajka. wykorzystuje to również lokalna społeczność prowadząc ośrodek w którym się zatrzymałam - cały dochód wspiera funkcjonowanie tutejszej szkoły i systemu stypendiów dla najlepszych uczniów i uczennic spośród tych najuboższych.

o tym wszystkim opowiedział mi moses, jeden z pracowników buhoma community rest camp, kiedy zapytał jak się mam i kiedy nie starczyło mi siły (i klasy może), by wydobyć z siebie "fine, thanks" i kiedy przedstawiłam mu moje lekkie rozczarowanie sytuacją, w jakiej się znalazłam.

moses z doreen - koordynatorką spacerów po wiosce i przewodniczącą rowerowej grupy kobiecej - o czym w późniejszych postach ;)

moses przyjął moje argumenty na klatę i zaczął opowiadać o tym, co kryje się za tymi cenami i jakie ma to znaczenie np. dla tutejszego szpitala, który w 97% utrzymywany jest z pieniędzy, które zostawiają tutaj turyści, a który - tak usłyszałam - jest jednym z lepszych szpitali w ugandzie.

złagodziło to dysonans, który czułam od momentu pojawienia się w tej okolicy a już na pewno dało początek arcyciekawej rozmowie o różnorodności ugandy, jej mlodej historii i kulturach, które szukają dla siebie miejsca i sposobu na przetrwanie. po raz pierwszy też poczułam, jak złożone jest "bycie ugandyjczykiem" i jaka ekwilibrystyka tożsamościowa musi towarzyszyć temu narodowi złożonemu z grup, których zwyczaje i wyznawane wartości są tak różne względem siebie. czy to pigmeje batwa kiedyś mieszkający w lesie bwindi a teraz zmuszeni do zadamawiania się na terenach tuż poza jego granicami, czy społeczności mieszkające na północy w regionie karamoja, czy sabiny w kapchorwie - mierzą się z tym, że ich tradycyjny styl życia "na peryferiach" nie przystaje do współczesnych reguł, obowiązujących w "centrum" ugandy. więc pojawiają się napięcia a wraz z nimi programy włączające ich do społeczności, która uznaje system podatkowy, kupowanie i posiadanie ziemi, budowanie stałych osiedli, odpłatny system edukacyjny, a która z kolei nie uznaje np. nomadycznego stylu życia czy obrzezania dziewczynek. twardy orzech do zgryzienia i dylemat, jak w tym wszystkich zachować siebie.

pigmeje batwa znaleźli rozwiazanie (lub znaleziono je dla nich i teraz do niego się przekonują) proponują odwiedzającym tutejsze tereny tzw. batwa experience - parugodzinny spacer prowadzony przez 4 osiemdziesięciolatków pamiętających czasy, gdy nikt nie kazał im opuszczać lasu i zmieniać swojego stylu życia. pokazują m.in. zioła, którymi wcześniej leczyli różne dolegliwości i chatki, które budowali na drzewach - za 70 dolarów. co pozwala im na utrzymanie siebie, swoich nowowybudowaych osiedli i pokrycia kosztów edukacji dzieci.

niestety przyjeżdżając tutaj nie przewidziałam takich wydatków, więc nawet mimo że chciałabym, nie mam przy sobie tyle...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...