Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

część która miała nazwyać się "każdy przewodnikiem", ale która stała się jakimś strumieniem świadomości z mojego pobytu w nieprzeniknionym lesie bwindi

nie mogłam zostać w buhoma community rest camp dłużej niż jeden dzień. w planie początkowym zresztą - stworzonym wraz z ezrą - kolejny nocneg był w kihihi. jednak po wyczerpującej podróży, gdy znalazłam się w tak pięknej okolicy - mimo tego ograniczającego poczucia, że na nic mnie tutaj prawie nie stać - postanowiłam zostać jeden, a potem dwa dni dłużej. idąc za sugestią denisa zatrzymałam się w jungle view lodge, którym opiekował się alex. denis i alex stali się jednocześnie moimi przewodnikami po tej okolicy.

alex i jego piękne kosmicznie złote buty
denis (19) jest teraz w klasie senior 4, alex (18) w senior 3. (krótka ściąga z organizacji systemu edukacyjnego w ugandzie: najpierw jest podstawówka, czyli primary school, z klasami od 1 do 7. potem jest etap senior school z 6 poziomami. z czego senior 1-4 to tzw. 0-level, a senior 5-6 to A-level, po skończeniu której można iść na studia. senior school jest dla dzieciaków, które mają 13 i więcej lat, nie ma górnej granicy - częste są bowiem przypadki, gdy ze względu na trudną sytuację finansową, śmierć kogoś w rodzinie i potrzebę opiekowania się gospodarstem lub np. ciążę młodzież tutaj przerywa naukę na rok lub na więcej odkładając kaskę na czesne. wiele z tych osób już nie wraca do szkoły. są też przypadki, gdy powroty następują po wielu latach dlatego też w senior school można spotkać osoby w wieku 22 lat. i podstawowy fakt - edukacja w ugandzie jest płatna - sytuacja się zmienia i teraz dzieciaki nie muszą płacić tak dużo jak to było jeszcze paręnaście lat temu, ale wciąż dla rodziny np. aleksa to jest wydatek około 600zł na trymestr. i oczywiście. na kolejnych etapach edukacji czesne jest coraz wyższe).

a więc ta dwójka - w przeddzień rozpoczęcia kolejnego trymestru - towarzyszyła mi niemal na każdym kroku pobytu w bwindi. parę godzin z aleksem tu, parę godzin z denisem tam i tak szwędaliśmy się, by to zobaczyć jak szumi rzeka i jak działa nowiutka minihydroelektrownia, by to znaleźć hotel, gdzie podładuję komórkę (w bwindi nie ma sieci elektrycznej, prąd jest albo z generatorów - ale one są tutaj żadkie - albo z solarów, w które wyposażony jest prawie każdy hotel, energia pozyskiwana z hydroelektrowni zaś w całości przekazywana jest do szpitala w buhomie), by przespacerować się do buhomy (bwindi to taka odnoga buhomy, tuż przy bramie wjazdowej do parku, zamieszkała przez jeden klan, gdzie wszyscy są swoją bliższą lub dalszą rodziną i w ten lub inny sposób znają się) i zjeść tam obiad, czy w końcu by poszukać miejsca, gdzie o poranku zjem śniadanie, które nie będzie złożone z matoke i gotowanej fasoli, której już nie przyswajam, a które będzie zawierało np. tę przepyszną podsmażaną zieleninę, nazywaną tutaj po prostu "greens".

dla wielbicieli śniadań - oto kolejne ujęcie smakowitego ugandyjskiego żarcia... ale sądząc po tym, że było robione specjalnie dla mnie, znów bad news - to nie jest typowe tutejsze śniadanie. tzn typowe składniki, ale jakoś zazwyczaj w innej konfiguracji i o innych porach się je tutaj zajada :)

tak. teraz sobie z tego zdałam sprawę (a słowa te piszę już z kampali, odświeżając swoje wspomnienia nieprzeniknionego lasu i ludzi, których tam spotkałam - tam na miejscu nie miałam bowiem ani wytarczająco dużo czasu, ani siły, ani prądu, by usiaść i poukładać całe to szaleństwo wrażeń). żadkie były momenty, kiedy byłam tam sama - po wiosce spacerowałam albo z nimi albo zagadywały mnie inne przypadkowe osoby - albo to ja je zagadywałam, już sama nie wiem jak to działa, że cały czas z kimś rozmawiam.
kiedy zaś wpadałam do buhoma community camp - rozmawiałam z mosesem lub mary - wolontariuszką peace corps. rozmowa, w której podzieliłam się z mosesem moim "mixed feeling" odnośnie relacji między standardem a ceną w tym miejscu, do której włączyła się po chwili mary, stała się początkiem naszej znajomości, którą mam nadzieję utrzymamy dłużej - to dwójka złotych ludzi. moses ma złote serce a mary czerwono-złote włosy. ma też pasję nie tylko dla goryli lecz również - przede wszystkim? - dla ptaków. przyjechała do bwindi z usa miesiąc temu i zostaje na kolejne dwa lata - jej zadaniem jest podkręcić ofertę turystyczną tego miejsca i sprawić, by więcej ludzi je odwiedzało.

przyjemnie było słuchać kolejnych jej pomysłów na to, co można by tu zrobić - kanapy tutaj, lunety do podglądania ptaków tam, i mapy z kierunkami migracji, koniecznie, wie nawet gdzie takie zamówić, a na stronie obowiązkowo musimy dodać, że w ramach opłaty za wypożyczenie roweru wliczony jest już przewodnik, bez którego po parku nie można jeździć... i było w tym coś w rodzaju entuzjazmu dziecka i sypanie pomysłami jak z kapelusza (czy z rękawa???) i taka wiara, że rzeczy można tutaj zmienić na lepsze i można swobodnie proponować te zmiany i była w tym swoboda, spontaniczność i brak obawy przed ich wprowadzaniem.

przecudownie malowniczo położona mała elektrownia wodna, która zasila pobliski szpital

jak słuchałam jej opowieści i zadziwień nad tym miejscem, że jak to tak, że przecież mogłoby być inaczej, czułam jak pulsuje we mnie zblazowany relatywizm kulturowy. bo ja tutaj też się zadziwiam na każdym kroku, tym co spotykam, ale pozostaję na poziomie jarania się tymi różnicami, podobieństwami i jakoś nie mam parcia na to, by zmieniać to miejsce na lepsze. ...bo w sumie jak mogłoby wyglądać? i kim jestem by roztaczać wizje na ten temat? i czy to co chciałabym zmienić, by czuć się tu lepiej, bardziej "w domu", jest jakoś istotne dla ludzi tutaj? ale i tak - mając to wszystko z tyłu głowy - cieszę się dla mary i z zadania, które przed nią stoi. kto inny zmieni świat, jak nie ci, którzy wierzą, że to jest możliwe, fajne i że mogą to zrobić?
po spotkaniu z mary zauważyłam sposób, w jaki patrzę na tutejsze ulice na przykład. jadę autobusem i patrzę na ludzi. wychwytuję pięknie ubrane starsze kobiety, które noszą gomesi, lub kobiety na targu, z których każda ma chustę z innym kolorowym wzorem (raz wypatrzyłam nawet materiał z motywem muzycznym, płytami cd i pięcioliniami! była jednak dość daleko a ja siedziałam w ciężarówce i mieliśmy niedługo odjeżdżać... więc nie podeszłam do niej i nie zrobiłam zdjęcia - żałuję - oh bardo żałuję), lub mężczyzn w marynarkach - przykurzonych, z second handu - ale wciąż marynarkach dodających aury eleganckości tej modzie codziennej, ulicznej :) lub dzieciaki w koszulkach, które uszyte są z dwóch starych t-shirtów (tył i górna połowa przodu należy do jednej koszulki, rękawy i dolna połowa przodu, ścięta na ukos, należy do drugiej) - taki szalony stajla, że aż mam ochotę po powrocie taki t-shirt również sobie sprawić. i dopiero teraz - po spotkaniu z mary - zauważyłam, że pomijam śmieci na ulicach i skupiam się na codziennym rytuale zamiatania, który przed każdym drobnym sklepem jest praktykowany, że pomijam brudne lub porwane ubrania niektórych osób i skupiam się na misternie zaplecionych warkoczykach u innych. i nie mam takiej potrzeby, by to miejsce nagle zostało wypucowane i odpicowane. choć teoretycznie można by ją mieć i można by chcieć zmienić to miejsce, by bardziej odpowiadało standardom czystości przywiezionym z innych części świata. wyobrażam sobie jednak, że tę harmonię przestrzeni, którą np. w polsce uzyskujemy stawiając wszędzie kosze na śmieci, starając się je zegregować, zwalczając dzikie wysypiska tutaj uzyskuje się w inny sposób - pieczołowicie ustawiając ziemniaki, pomidory i inne owoce w piramidki na straganach, układając drewno na opał w równe stosiki, pakując samochody dostawcze ze skupieniem i uwagą, by wykorystać każdą możliwą szparkę, by żadna wolna przestrzeń się nie zmarnowała. dlatego też przyjmuję to, szanuję i nie zmieniam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Opłotkami Kampinosu: Sochaczew --> Nowy Dwór Mazowiecki

Osobiście zachwyciły mnie: Sochaczew - okolice Zamku, z promenadą i miło usytuowaną kawiarnią nad Bzurą Bzura i ścieżka wijąca się prawym brzegiem rzeki …i w zasadzie cała trasa od Sochczewa do Śladowa - rozmaite nawierzchnie - od asfaltu, po fajne miękkie leśne podłoże, ścieżkę prowadzącą wałem i porządne szuterki Asfalt wijący się wzdłuż kampinoskiego szlaku rowerowego (który daje ulgę od „mazowieckich piasków") ...i Rezerwat Rybitew! Najbardziej klimatyczne i dzikie, pozostawione sobie, miejsce na trasie. …plus maki i chabry! Jak się przygotować (z dedykacją dla Zioła :D): 1 - Uważność na to, by wyłapać dobry moment na wypad rowerowy. śledzenie pogody i sprawdzanie, jak to się ma do obłożenia pracą. Jeśli można wziąć dzień wolnego i słońce ma świecić - to jedziemy! 2 - Pomysł na trasę. Po czym poznać, że dobry? Gdy skanując np. mapę wzrokiem, coś w środku kliknie i poczujesz nagły wzrost zainteresowania i motywacji :) Korzystanie z kolei, by przetransportować się z miejsca A do...

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Pociągiem na przełomie roku

Rok skończyliśmy niekonwencjonalnie. Rok skończyliśmy bardzo prosto.  Nie pojechaliśmy na Maltę, nie pojechaliśmy na Maderę ani na Majorkę. Wszystkie wyspy na "em" jeszcze kiedyś odwiedzimy. Na przełomie roku postawiliśmy na odwiedzanie ludzi i na odwiedzenie Morza.  Mieliśmy dwa tygodnie i wykorzystaliśmy je do cna. Zaskakujące - bardzo pomogły nam w tym koleje ;) Na trasie Warszawa - Zielona Góra - Poznań - Kaliska - Hel - Bydgoszcz - Grudziądz - Zielona Góra - Warszawa nie zaliczyliśmy w zasadzie żadnych znaczących opóźnień! Bez niespodzianek, bez wpadek, bez nerwowych zwrotów akcji - tak toczył się nasz Tour de Pologne na przełomie roku.  Rewelacje wyjazdu: - Termy w Poznaniu i basen na otwartym powietrzu podczas gdy dookoła śnieg a ponad wodą unosi się para i mgła. Przejście z sauny do sauny po śniegu i wygrzewanie się w cieple, wpatrując się w iglaki za panoramicznym oknem.  - Cudowny, społeczny czas w okolicach Sylwestra, w okolicy gdzie tylko las, jeziora i ż...