Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
od trzech dni czuję, że już jestem w drodze. gdzieś pomiędzy - jedną stopą jeszcze w warszawie, druga lewituje w powietrzu i szykuje się, by za chwilę stanąć na ciepłej drodze entebbe. od trzech dni czuję, że trwa pożegnanie. za pewnymi rzeczami już tęsknię.
co było cezurą? deszcz. tęcza. piwny zachód słońca. most świętokrzyski ocieplony wieczornym światłem. dzień jak codzień, ale tym razem było inaczej - znak, że coś się zmieniło i że nie trwa wiecznie. wzruszyłam się.
co było cezurą? deszcz. tęcza. piwny zachód słońca. most świętokrzyski ocieplony wieczornym światłem. dzień jak codzień, ale tym razem było inaczej - znak, że coś się zmieniło i że nie trwa wiecznie. wzruszyłam się.
Komentarze
Prześlij komentarz